Rudawka
W północno-wschodniej części Polski, w trójkącie pomiędzy Augustowem, Lipskiem i Sejnami, rozciąga się Puszcza Augustowska.
Puszczę przecina z zachodu na wschód Kanał Augustowski.
Nad Kanałem, na odcinku biegnącym korytem Czarnej Hańczy, tuż obok miejsca, gdzie rzeka przekracza granicę z Białorusią, znajduje się wieś Rudawka.
W Rudawce, miejscu, zdawać by się mogło, zapomnianym przez Boga i ludzi, w budynku dawnej wiejskiej szkoły, mieściła się w latach 2003-2023 Baza Terenowa Fundacji „Harcerska Wola”.
W tej Bazie, w Rudawce, w Puszczy Augustowskiej, od 2009 do 2022 roku spędzali lipcowe tygodnie wakacji uczniowie i nauczyciele z Zespołu Szkół STO na Bemowie.
Ten rozdział historii Szkoły jest już zamknięty, ale pozostawił mnóstwo wspomnień. Dość powiedzieć, że pamiątkowe odznaki za aktywność podczas pobytów w Rudawce zdobyło 529 uczniów i nauczycieli! Ich pełna lista znajduje się w pliku TUTAJ.
Przez wiele lat hasło „Rudawka” było w STO na Bemowie synonimem społecznego działania, wielkiej przygody i dobrej zabawy.
Pamiątką tego fantastycznego czasu jest artykuł „Nasze miejsce na Ziemi”, napisany przez Pana Dyrektora, Jarosława Pytlaka, opublikowany pierwotnie na łamach kwartalnika „Wokół szkoły”.
Amatorów twórczości bardziej ilustrowanej zapraszamy z kolei do zapoznania się z artykułem z bloga „Wokół szkoły” pt. „Fenomen Rudawki w słowach i obrazach”.
Żartobliwe wspomnienia uczestników wyjazdów znajdują się w tekście: „Dwa brązowe zeszyty i list”.
A z myślą o tych, którzy nie mają czasu na czytanie, zamieszczamy wybór zdjęć upamiętniających różne imprezy w Rudawce oraz najbardziej zasłużonych – zdobywców Złotej Odznaki Rudawkowej.
Na stronie naszego Liceum można znaleźć produkcję filmowe stworzone właśnie w Rudawce - link tutaj.
O tym wszystkim traktuje artykuł wspomnieniowy, napisany przez Pana Dyrektora, Jarosława Pytlaka.
Cała historia naszej tam obecności wzięła swój początek dawno, dawno temu, w roku 1988, kilka kilometrów dalej, na rozległej polanie nad Kanałem Augustowskim.
Do ówczesnego nadleśniczego w Płaskiej, pana Piotra Skubisa, trafiliśmy trochę przypadkiem, trochę po znajomości – polecił nas znajomy znajomego – poszukując miejsca na kolejny obóz harcerski. Okazało się, że jeśli nam bardzo zależy, to jest do wzięcia teren na bindudze Lelak, znajdujący się w strefie nadgranicznej – co miało w owym czasie posmak owocu zakazanego, bowiem można było tam przebywać tylko ze specjalną przepustką. Już na miejscu stwierdziliśmy, że polana nad Kanałem jest, owszem, bardzo piękna i rozległa, ale w dużej części zawalona drzewami, które zwożono tutaj z miejsca wycinki. Widok był raczej zniechęcający i gdyby nie palec Boży, który wmieszał się do tej historii w osobie pana Aleksandra Bielenicy, zapewne wrócilibyśmy do Warszawy z niczym. Pan Aleksander był w owym czasie kierownikiem bindugi, mając pod swoim zarządem jednego robotnika, który przy pomocy konia ściągał kolejno do wody pnie ze składowiska, by tam montować z nich tratwy, holowane potem do tartaku w Augustowie. Praca kierownika była nader monotonna i nasze pojawienie się prawdopodobnie niosło ze sobą obietnicę urozmaicenia. Dość na tym, że pan Aleksander roztoczył wizję harmonijnego podziału terenu pomiędzy drewno i harcerzy. Z entuzjazmem przekonał swojego dyrektora w Augustowie, który przez telefon (pamiętam numer do domku na bindudze – Mikaszówka 6 – podawało się go do centrali po zakręceniu korbką) dorzucił swoją zgodę do zgody nadleśniczego. I tak doszło do pierwszego naszego obozu na bindudze Lelak. Po nim nastąpił następny i jeszcze następny, i jeszcze... Po czterech latach bindugę zamknięto, pan Aleksander przeszedł na emeryturę, a my zostaliśmy niepodzielnymi panami na Lelaku.
Wkrótce potem nasza aktywność wykroczyła poza tradycyjne formy harcerskiego obozowania. Począwszy od 1995 roku, za sprawą kolejnych obozów naukowych, stworzyliśmy szlak dydaktyczny „Bocianisko”, który w roku 2000 otrzymał imię profesora Andrzeja Batko, mojego niezapomnianego mistrza z czasów pracy na Wydziale Biologii UW. To już nie było zwykłe „bieganie po lesie w krótkich spodenkach”, jak mówiło się czasem lekceważąco o harcerskim obozowaniu. Czarny szlak turystyczny „Bocianiska” zaznaczony jest dzisiaj na wszystkich mapach, a opracowane przez nas, zaś ufundowane przez Nadleśnictwo Płaska tablice informacyjne do dziś stoją w lesie pomiędzy Mikaszówką i Rudawką. Jako „harcerze z Warszawy” staliśmy się w owym czasie prawdziwą firmą w tamtej okolicy. Nieprzypadkowo wkrótce potem wójt Gminy Płaska, pan Bogdan Wysocki, zaproponował nam wydzierżawienie piętra przedwojennego jeszcze, drewnianego budynku dawnej szkoły podstawowej w Rudawce. „Ma się marnować i niszczeć – lepiej zróbcie tam coś pożytecznego” – tak właśnie powiedział, składając tę propozycję, która obejmowała też sześć lat zwolnienia z czynszu w zamian za wykonanie prac remontowych. Stroną zawartej w 2003 roku umowy dzierżawy stała się Fundacja „Harcerska Wola”, reaktywowana w owym czasie przez grupę instruktorów z naszego Szczepu – ze mną w roli prezesa zarządu – z myślą o tym właśnie przedsięwzięciu.
W ten sposób narodziła się Baza Terenowa w Rudawce.
Budynek dawnej szkoły nie był dla nas miejscem zupełnie nieznanym. Wcześniej kilkakrotnie nocowaliśmy w nim podczas rajdów obozowych, korzystając z pomieszczeń świetlicy wiejskiej znajdujących się na parterze. Wtedy też powstał pomysł pojechania tam z jesienną wycieczką integracyjną klas czwartych. Inauguracyjna wyprawa odbyła się we wrześniu 2001 roku. Pamiętam dobrze tę imprezę, bo moja córka Ula jak raz miała 10 lat i uczestniczyła w niej jako uczennica. Spaliśmy na materacach rozrzuconych na podłodze w obszernym pomieszczeniu świetlicy, a mycie odbywało się w wypożyczonych z harcerskiego magazynu plastikowych miskach, z którymi cała grupa wędrowała dwa razy dziennie ponad 300 metrów, tam i z powrotem, do Kanału. Było zimno i mokro, więc litościwy gospodarz świetlicy, pan Zbyszek Kozielski, napalił w jedynym działającym piecu kaflowym. Do dzisiaj mam przed oczami obraz dziewczynek z klasy Uli, które za pomocą taśmy opakowaniowej przyklejały do pieca swoje mokre buty i skarpetki.
Wrześniowa wycieczka czwartoklasistów do Rudawki weszła na stałe do tradycji naszej Szkoły. W pierwszych latach szczególną atrakcją był nocny zjazd na linie z wysokiej skarpy nad rzeką Piecówką do jej bagnistego brzegu, tzw. „tyrolka”. Wymagało to pokornego czekania nawet do dwóch godzin w kolejce stojącej w ciemności na skraju skarpy, by potem przeżyć magiczne kilka sekund zjazdu w mroczną otchłań. Ale warto było, co do dzisiaj wspominają nauczyciele, którzy też tam zjeżdżali. Z czasem tradycja upadła, bo starsi harcerze, którzy mieli wiedzę i umiejętności niezbędne do przygotowania takiego zjazdu, dorośli i nie mieli już czasu dłużej nam towarzyszyć. Zresztą, dzisiaj dla większości dzieci przejście nocą kilkuset metrów prostą leśną drogą jest wyczynem daleko większym niż ówczesny zjazd po linie do ciemnego wąwozu...
Podczas pierwszych wycieczek piętro budynku szkoły jawiło nam się tajemniczo i niedostępnie. Dwoje zamkniętych na głucho drzwi z klatki schodowej zdawało się kryć nieznane skarby i tajemnice...
Ktoś, kto po latach zwiedzał odnowione i wyposażone wnętrze Bazy nie był w stanie nawet wyobrazić sobie, jak wyglądała, gdy obejmowaliśmy ją w posiadanie. Pomieszczenia na piętrze okazały się rumowiskiem śmieci, gruzu i resztek szkolnego wyposażenia. Kuchnia węglowa, która uchowała się jakoś w jednym z pokoi, na tyle obciążała strop, że podłoga obok niej znajdowała się niemal dwadzieścia centymetrów niżej, niż w okolicy okna. Był tylko kran z zimną wodą i żadnych innych udogodnień, poza względnie nową instalacją elektryczną. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka lat wcześniej mieściły się tam służbowe mieszkania nauczycieli.
Pierwszy impuls do remontu uzyskaliśmy z Fundacji ORLEN – DAR SERCA w postaci dwóch dotacji na łączną kwotę 12 000 złotych. To wystarczyło na wyremontowanie lewego, mniejszego mieszkania, gdzie powstały dwie sypialnie i łazienka. Po raz pierwszy w historii w budynku pojawiła się ciepła woda, prysznic i ubikacja ze spłuczką. Wraz z wykonaną równolegle na parterze, ku pożytkowi świetlicy wiejskiej, drugą łazienką, zakończyło to epokę mycia się w Kanale.
Jesienią 2003 roku jako pierwsi goście w odnowionej części Bazy pojawiliśmy się tam w gronie weteranów obozów harcerskich i naukowych. Niezapomnianym wspomnieniem tej wyprawy stała się pierwsza noc, kiedy to w ciągu kilku godzin napadało pół metra śniegu, a temperatura na zewnątrz spadła do – 30 stopni. Jako że była zaledwie połowa października, mieliśmy ze sobą jedynie lekkie śpiwory. Tę pamiętną noc spędziliśmy przytuleni, jakimś cudem wszyscy, do jedynego posiadanego grzejnika.
Od samego początku celem prac remontowych było takie dostosowanie Bazy, by mogły w niej wygodnie i bezpiecznie przebywać zorganizowane grupy dzieci. Wbrew pozorom było to przedsięwzięcie szalenie ambitne, jako że stary, drewniany budynek szkoły nie mieścił się w żadnej klasyfikacji bezpieczeństwa pożarowego. W tym miejscu po raz wtóry zadziałał palec Boży, stawiając tym razem na naszej drodze państwa Teresę i Andrzeja Kondrackich z Mołowistego, świadczących w okolicy usługi projektowe. Za skromne wynagrodzenie, w żaden sposób nie odpowiadające ogromnemu wkładowi pracy i inwencji („Bo my lubimy harcerzy!”), stworzyli projekt architektoniczny i uzyskali stosowne aprobaty, które pod szeregiem warunków otworzyły możliwość nadania budynkowi pożądanego przeznaczenia. Dla przykładu wymienię tylko prace, których wykonanie nakazał wojewódzki komendant Straży Pożarnej: wyposażenie budynku w hydranty, zainstalowanie oświetlenia awaryjnego, wyłożenie całej klatki schodowej podwójną warstwą płyt o podwyższonej odporności na ogień i zamontowanie drzwi ogniotrwałych, zaimpregnowanie przeciwpożarowe drewnianych schodów, wyremontowanie kominów, zamontowanie czujek dymowych... Uff!
Nietrudno wyobrazić sobie ogromny koszt wymienionych prac, szczególnie, że w starym budynku wszystko się sypało i instalacje trzeba było tworzyć od podstaw. Pieniądze z Fundacji ORLEN szybko się skończyły i prawdopodobnie całe przedsięwzięcie zastygłoby w bezruchu, gdyby nie odrobina szczęścia i wielkie zaangażowanie harcerzy. Szczęście polegało na tym, że sklep sportowy DECATHLON potrzebował młodych ludzi do pomocy przy pakowaniu zakupów przy kasach – taka była wtedy moda w wielkich sieciach handlowych. Osoba odpowiedzialna w firmie zaproponowała tę pracę swojemu znajomemu, który był instruktorem w naszym Szczepie. W rezultacie harcerze przez ponad cztery lata pomagali pakować zakupy w DECATHLONIE, a była to naprawdę ciężka praca. Obsłużyli przez ten czas, mniej więcej, czwartą część weekendów, w tym wszystkie przedświąteczne. Uzyskiwane datki pozwalały na stopniowe podejmowanie kolejnych robót. Większość z nich stała się dziełem pana Zbyszka Kozielskiego, który — jako opiekun świetlicy wiejskiej i komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w jednym— traktował nasze przedsięwzięcie nieomal jak własne, do tego stopnia, że część prac wykonał społecznie. Swój wkład pracy wnieśli także sami harcerze, którzy między innymi malowali ściany, przyklejali tapety i skręcali meble. Do anegdoty przeszło harcerskie malowanie elewacji budynku preparatem „Drewnochron”. Zrazu praca szła bardzo sprawnie, tylko trochę dziwiliśmy się, że uzyskany kolor mało przypominał ten, który umieszczono na opakowaniu. Tajemnica wyjaśniła się, kiedy jeden z „malarzy” wypatrzył na dnie puszki nienaruszoną warstwę pigmentu. Po prostu nikt nie wpadł na to, by preparat przed użyciem dokładnie wymieszać...
Warto sobie w pełni uświadomić, że Baza była owocem pracy i zaangażowania wielu ludzi, głównie młodych. Zaciągnięty w ten sposób dług społeczny spłacaliśmy udostępniając ją dzieciom i młodzieży po kosztach własnych – dzięki temu nocleg był tutaj dużo tańszy niż nawet na polu namiotowym. Baza była też swoistą współwłasnością wszystkich gości. Każdy miał prawo korzystać z całego jej wyposażenia, ale równocześnie powinien był podczas pobytu coś od siebie wnieść, wykonać coś pożytecznego na jej rzecz. I to naprawdę działało!
Mogę śmiało napisać, że ostateczny efekt materialny przekroczył wszystko, co mogliśmy sobie wymarzyć rozpoczynając działalność w Rudawce. W Bazie było ostatecznie pięć sypialni, trzy łazienki i kuchnia. Mogło w niej wygodnie mieszkać ponad dwadzieścia osób. W razie potrzeby mogliśmy też korzystać z pomieszczeń na parterze, które, choć nie stanowią przedmiotu dzierżawy, z naszą pomocą również są powoli remontowane. A pierwotna wizja przytulnego miejsca noclegowego, połączonego z czymś w rodzaju lokalnego muzeum przyrodniczego, zdecydowanie wyszła już ze sfery fantazji.
To jednak nie możliwość wygodnego i taniego nocowania, ale program, który realizujemy podczas wyjazdów do Rudawki nadaje prawdziwy sens istnieniu Bazy. Pionierską pracę w tej dziedzinie wykonała siedmioosobowa grupa starszych harcerzy, która wraz z naszym przyjacielem, artystą-fotografikiem, Andrzejem Kucharskim, spędziła tam tydzień zimowych ferii w 2004 roku. Plonem ich pobytu były wywiady z mieszkańcami na temat historii wsi w ogóle, a szkoły w szczególności, a także kolekcja kilkudziesięciu fotografii portretowych, które po oprawieniu zostały zawieszone w świetlicy wiejskiej, jako wystawa po tytułem „Mieszkańców Rudawki portret własny”. Do dzisiaj regularnie konserwujemy tę ekspozycję, coraz częściej, niestety, umieszczając czarne wstążeczki na zdjęciach osób zmarłych. Jest bowiem Rudawka miejscowością, w której dominują ludzie starzy.
Podczas kolejnych pobytów zrealizowaliśmy wiele innych przedsięwzięć. Na werandzie budynku Bazy stworzyliśmy ekspozycję narzędzi do obróbki lnu i drewnianych przedmiotów codziennego użytku. Na ścianach klatki schodowej powiesiliśmy własnoręcznie przygotowane gabloty z kolekcjami botanicznymi. Wokół miejsca ogniskowego, służącego także okolicznej młodzieży, postawiliśmy drewniane ławy i stoły, wybudowane harcerską techniką z żerdek przywiezionych z lasu. No i wykonaliśmy nasze opus magnum – liczącą blisko sześć kilometrów ścieżkę przyrodniczo-leśną Rudawka – Kudrynki – Lipiny, prezentującą około trzydziestu gatunków drzew i krzewów rosnących w tej okolicy, w tym cztery pomniki przyrody – sosnę, jabłoń, gruszę i dąb - oraz wspaniałe, czterdziestometrowe modrzewie o ponad trzech metrach obwodu, w pełni zasługujące na status takich pomników. W każdym z tych przedsięwzięć uczestniczyli zarówno dorośli, jak dzieci. I jedni, i drudzy byli do ich powodzenia absolutnie niezbędni.
Jeszcze w czasie trwania remontu oprócz harcerzy i czwartoklasistów odwiedzali Bazę inni uczniowie naszego Zespołu Szkół. Odkąd w 2007 roku powstało Gimnazjum, zaczęliśmy organizować jesienne warsztaty przyrodnicze, połączone z objazdem Suwalszczyzny, oraz doroczne spływy kajakowe po Czarnej Hańczy, integrujące uczniów klasy szóstej z gimnazjalistami. Jednak dopiero zakończenie prac remontowych w 2009 roku umożliwiło zorganizowanie letniej akcji wypoczynkowej. Baza mogła zaczęć w pełni spełniać funkcję, dla której została powołana.
Działalność programowa koncentruje się obecnie wokół tzw. certyfikatów, które zdobywają wszyscy przyjeżdżający do Bazy. Są certyfikaty naukowe, turystyczne, artystyczne i kucharskie, a także w zakresie gier i zabaw, pożytecznej pracy w Bazie oraz aktywności na rzecz Rudawki – w sumie dziedzin jest siedem. Źródłem certyfikatu może być niemal wszystko: udział w zajęciach przyrodniczych, dłuższa wycieczka po okolicy, przygotowanie fotoreportażu z całego dnia zajęć, własnoręczne usmażenie naleśników, wytrwały udział w codziennych podchodach z gwizdkiem lub rozgrywkach ringo, wyszorowanie drewnianych schodów albo wybudowanie kolejnej drewnianej ławeczki przy miejscu ogniskowym – to tylko przykłady z zakresu wymienionych wyżej dziedzin aktywności. Po zdobyciu pierwszych pięciu certyfikatów otrzymuje się Odznakę Rudawkową w stopniu zielonym, po dwudziestu – Odznakę niebieską, a po pięćdziesięciu – czerwoną. Zdobycie stu certyfikatów uprawnia do honorowego tytułu Złotego Rudawkowicza, z czym wiąże się przywilej zawiśnięcia na ścianie Bazy w postaci portretu. Po pięciu latach od przyznania pierwszych certyfikatów mamy trzech „ozłoconych”: druha Krzysia od zuchów, pana Piotra od geografii i ucznia, teraz już absolwenta, Michała, którego czytelnicy „Wokół szkoły” poznali w roli autora wierszowanej historii wyjazdu Pytolotników w Bieszczady. Ale kolejka następnych kandydatów, posiadających odznakę czerwoną, jest długa, bowiem od wprowadzenia certyfikatów w roku 2009 przez Bazę przewinęło się już ponad cztery setki młodych ludzi i blisko pięćdziesiąt osób dorosłych. W sumie kilkakrotnie więcej przyjezdnych niż jest we wsi stałych mieszkańców.
Jako organizator działalności w Rudawce nie zaprzątam sobie specjalnie głowy przygotowywaniem jakiegoś szczególnie atrakcyjnego programu. Co więcej, już na wstępie informuję młodych ludzi, że niespecjalnie interesuje mnie, czy będą się tutaj dobrze bawić – za ważne deklaruję raczej, abym to ja się w ich towarzystwie dobrze bawił. Jest w tym trochę przekory, bo źle znoszę panujący obecnie pogląd, że dziecku ma się wszystko podobać, trochę zaś przekonania, że spędzanie czasu w Bazie jest programowym „samograjem”, praktycznie gwarantującym dobrą zabawę. I rzeczywiście, okazuje się, że nie trzeba robić warsztatów specjalistycznych, zatrudniać wybitnych profesjonalistów – wystarczą ludzie z fantazją – i zapewniać komfortu w standardzie czterogwiazdkowym, aby młode mieszczuchy miło i pożytecznie spędzały czas. Zastawiliśmy pułapki na gryzonie, do których jednak żaden nie wpadł? Nie ma problemu – przy tej samej okazji znajdziemy w terenie dwie jaszczurki, kilka żab, a nawet szarańczaka i wszystkie sobie dokładnie obejrzymy. Pada deszcz? Zasłonimy okna i będziemy malować światłem. Mamy też „Szafę na niepogodę”, a w niej wiele gier planszowych, dzięki którym zawsze przetrwamy niekorzystną aurę. Codziennie wieczorem obejrzymy zdjęcia zrobione przez kolejnego początkującego fotografa-amatora zdobywającego certyfikat w dziedzinie sztuki. Zawsze też możemy pograć w ringo, posiedzieć przy ognisku, powędrować do lasu. Własnoręcznie zrobimy podwieczorek. Tak rozmaite aktywności i miłe towarzystwo wystarczają, by zdecydowana większość uczestników uznawała pobyt za udany i z chęcią wracała w kolejnym roku.
Napiszę jeszcze o dwóch ciekawych doświadczeniach z ostatnich wakacji. Jest kwestią tradycji, że każda grupa przyjezdnych poświęca jedno popołudnie na wykonanie prac gospodarczych na rzecz Bazy. Nie inaczej stało się i w tym roku, a jednym z zadań, przydzielonym zespołowi złożonemu z dwóch chłopców i jednego nauczyciela, było oczyszczenie krawędzi ulicy wzdłuż naszej posesji z nagromadzonych tam resztek liści, piachu i gałązek. Trzej panowie wypożyczyli taczki z zaprzyjaźnionego gospodarstwa, zaopatrzyli się w szpadel i zaczęli pracę. Początkowo szło im niesporo, być może dlatego, że wdrożyli podział pracy, jaki znamy w naszym kraju z wielu przykładów, a który można określić mianem „jedynka ze sternikiem plus jeden rezerwowy”. Ich wysiłek przykuł uwagę urzędującego przed sklepem GS-u pana Floriana, jednego z miejscowych sympatyków przemysłu piwowarskiego, który przyniósł z domu potężną szuflę i zrazu pokazywał, jak jej należy użyć, by w końcu samemu zacząć napełniać kolejne taczki, wywożone przez młodego operatora pod troskliwym okiem nauczyciela na pobliskie składowisko. W ten sposób do skarbnicy rudawkowych doświadczeń dołożyliśmy lekcję wychowania obywatelskiego na temat „współpraca z miejscową ludnością”.
Przy innej okazji grupa dziewcząt postanowiła przeżyć przygodę w postaci biwaku na bindudze Lelak, w tym roku jak raz osieroconej przez harcerzy. Na ich prośbę wyciągnąłem z magazynu jakiś stary namiot, które one ochoczo rozbiły, nie bacząc na istotne braki w omasztowaniu i śledziach. Nie zniechęcił ich nawet brak jednej ściany, którą udatnie dorobiły z prześcieradła. Widząc entuzjazm postanowiłem zachować dla siebie podejrzenie co do gospodarczej funkcji, jaką namiot ów prawdopodobnie pełnił rok wcześniej podczas obozu. Przedsięwzięcie zostało uwieńczone niemal pełnym sukcesem: Osiem dziewczynek ułożyło się wygodnie na materacach pod nieco pokręconym sklepieniem namiotu i spało w nim smacznie aż do trzeciej w nocy, kiedy to gwałtowna ulewa spłukała je do pobliskiej budki kierownika bindugi. Przygoda pozostała wszakże niezapomniana!
Pisząc ten artykuł opierałem się głownie na swoich wspomnieniach i prezentowałem własny punkt widzenia. Mogło to wzbudzić u Czytelnika podejrzenie, że pełniąc rolę spiritus movens całego przedsięwzięcia nadmiernie dominuję nad innymi uczestnikami rudawkowej przygody. Cóż, chciałem w sposób jak najpełniejszy pokazać – z profesjonalnego punktu widzenia dyrektora, nauczyciela i wychowawcy – ogrom możliwości, jakie niesie powiązanie działalności programowej szkoły z wybranym „miejscem na Ziemi”. Aby jednak obraz stał się pełniejszy i wielostronny w kolejnym artykule zabiorą głos moi współtowarzysze.